Nad kalendarzem Formuły 1 zawisł cień, który może przewrócić kwietniowe plany do góry nogami: coraz głośniej mówi się, że dwie rundy na Bliskim Wschodzie mogą nie dojść do skutku. Jeśli tak się stanie, skutki odczuje nie tylko sama F1, ale też państwa, które od lat inwestują w Grand Prix jako narzędzie budowania wizerunku. W tekście wyjaśniam, skąd bierze się to zagrożenie, ile pieniędzy jest na stole i jakie awaryjne scenariusze wchodzą w grę.
Sezon ma wystartować zgodnie z planem w Australii, choć już sama logistyka pokazała, jak wrażliwy stał się sport na sytuację w regionie: część osób z padoku miała problem z dotarciem do Melbourne przez zamykanie przestrzeni powietrznej na Bliskim Wschodzie. W kolejnych tygodniach stawka przeniesie się do Chin i Japonii — tam na dziś nic nie wskazuje na poważne komplikacje.
GP Bahrajnu i GP Arabii Saudyjskiej pod znakiem zapytania
Najwięcej niepewności dotyczy dwóch kwietniowych weekendów: GP Bahrajnu (12 kwietnia) oraz GP Arabii Saudyjskiej (19 kwietnia). W przestrzeni medialnej pojawiają się doniesienia, że najbardziej prawdopodobny wariant zakłada rezygnację z tych rund z powodu narastającego kryzysu wokół Iranu.
Gdyby doszło do odwołania obu wyścigów, byłby to jeden z najpoważniejszych wstrząsów w harmonogramie — nie tylko sportowo, ale przede wszystkim organizacyjnie. Dwie rundy wypadają z bardzo ciasnego kalendarza, a znalezienie zastępstwa „na już” bywa trudniejsze niż samo podjęcie decyzji.
Ile może stracić Formuła 1 na odwołaniu dwóch rund
Bliski Wschód od lat płaci za Grand Prix stawki, z którymi niewiele torów może konkurować. Nieoficjalnie mówi się, że Bahrajn wykłada około 45 mln dolarów rocznie za prawa do organizacji wyścigu, a Arabia Saudyjska – mniej więcej 55–60 mln dolarów za sezon.
Do tego dochodzą wątki stricte biznesowe: w regionie działa potężny kapitał powiązany ze światem F1. Bahrański fundusz państwowy ma udział właścicielski w McLarenie, a saudyjski koncern Aramco jest jednym z kluczowych partnerów komercyjnych serii (w tle ma też relacje sponsorskie i udziałowe związane z Astonem Martinem).
W praktyce oznacza to, że anulowanie dwóch wyścigów mogłoby zaboleć Formułę 1 kwotą rzędu co najmniej 100 mln dolarów, a na tym lista strat się nie kończy. Skrócenie sezonu wpływa na rozliczenia z nadawcami i sponsorami, bo wiele umów odnosi się do liczby rozegranych Grand Prix.
Plan awaryjny: Europa zamiast Bliskiego Wschodu
W kuluarach mówi się o rozwiązaniu ratunkowym: przeniesieniu dwóch kwietniowych rund na któryś z europejskich torów. Wśród potencjalnych lokalizacji przewijają się m.in. Imola, Portimão, Paul Ricard oraz Istanbul Park.
Tyle że to scenariusz z dużymi ograniczeniami. Po pierwsze, żaden z tych obiektów nie zapłaci stawek porównywalnych z Bahrajnem czy Arabią Saudyjską. Po drugie, krótki czas na organizację oznacza problem z marketingiem i sprzedażą biletów — trudno wyprzedać trybuny, gdy decyzje zapadają na ostatniej prostej.
Dlaczego państwom regionu tak zależy na F1?
Dla wielu krajów Bliskiego Wschodu Formuła 1 jest czymś więcej niż sportem. To globalna platforma promocji i narzędzie budowania skojarzeń z nowoczesnością, rozmachem oraz turystyką premium. W tym kontekście często pada określenie „sportswashing”, czyli próby poprawy międzynarodowego wizerunku poprzez wielkie imprezy sportowe.
Na jednym z globalnych forów gospodarczych zwracano uwagę, że turystyka sportowa w regionie to gigantyczny rynek – liczony w setkach miliardów dolarów – z potencjałem dalszego wzrostu. Stąd równoległe inwestycje w różne dyscypliny: od piłki nożnej i sprowadzania największych gwiazd, przez przejęcie praw do Rajdu Dakar, aż po rozwijanie obecności w Formule 1.
Kluczowy jest też mechanizm marketingowy: widowiskowe obrazki z torów w Abu Zabi czy Dżuddzie działają jak reklama destynacji. Specjaliści opisują to jako „efekt halo” — jedno wyróżniające się doświadczenie może poprawiać postrzeganie całego miejsca i przekładać się na większy ruch turystyczny, a tym samym na wpływy w hotelarstwie, gastronomii i usługach.
Bezpieczeństwo ponad wszystko: lekcja z 2022 roku
W paddocku dobrze pamięta się sytuację sprzed kilku sezonów, gdy podczas weekendu w Arabii Saudyjskiej doszło do ataku w pobliżu obiektów związanych z jednym z partnerów komercyjnych. Wtedy wybuchł poważny kryzys wewnątrz stawki: kierowcy i zespoły długo dyskutowali, czy kontynuowanie rywalizacji ma sens, a temat bezpieczeństwa zdominował rozmowy.
Tamto doświadczenie wraca dziś jako punkt odniesienia, ale okoliczności są inne. W ostatnim czasie w regionie pojawiały się doniesienia o incydentach, które — niezależnie od skali — zwiększają poczucie ryzyka. Dlatego tym razem same zapewnienia mogą nie wystarczyć, a organizatorzy oraz federacja muszą liczyć się z tym, że priorytetem będzie ochrona ludzi i logistyki całego przedsięwzięcia.
Precedens: gdy F1 już raz zrezygnowała z Bahrajnu
Formuła 1 ma w historii przykład odwołania wyścigu w tym regionie, gdy napięcie społeczne i polityczne stało się zbyt duże. W 2011 roku nie rozegrano Grand Prix Bahrajnu z powodu wydarzeń związanych z tzw. arabską wiosną. Władze kraju tłumaczyły wówczas decyzję koniecznością skupienia się na sprawach wewnętrznych, łagodzeniu napięć i priorytetach państwa.
Ten precedens pokazuje, że nawet najbardziej lukratywne umowy nie zawsze są w stanie „przykryć” realne zagrożenia. Jeśli sytuacja wokół Iranu nadal będzie się zaostrzać, kwietniowe rundy mogą podzielić los tamtego Bahrajnu — a wtedy cała Formuła 1 stanie przed wyzwaniem: jak utrzymać spójność sezonu, nie tracąc przy tym wiarygodności i bezpieczeństwa.
Kiedy zapadną decyzje?
Na razie nikt nie ogłasza ostatecznych rozstrzygnięć w sprawie wyścigów późniejszych w sezonie w Katarze czy Abu Zabi, bo są one zaplanowane na końcówkę 2026 roku. W centrum uwagi pozostaje kwiecień i dwa konkretne terminy, które mogą wymusić szybkie ruchy.
Jeśli dojdzie do zmian, kluczowe pytanie brzmi nie „czy da się znaleźć zastępstwo”, tylko „jaką cenę zapłaci za to F1”. Bo nawet jeśli uda się wcisnąć europejski dublet, finansowo i wizerunkowo będzie to zupełnie inna liga niż Bliski Wschód — i właśnie dlatego stawka tej decyzji jest tak wysoka.