Weekend w Sapporo potrafi czarować klimatem, ale tym razem Polakom nie zostawił wiele miejsca na zachwyt. Sobotni konkurs na Okurayamie był najsłabszym występem Biało-Czerwonych w tym sezonie Pucharu Świata: tylko dwóch zawodników zapunktowało, a i tak finiszowali w okolicach końca trzeciej dziesiątki. W tle działo się jednak sporo – od pechowego wiatru, przez zmianę obrazu Sapporo na przestrzeni lat, aż po pokaz siły zwycięzcy.
Puchar Świata w Sapporo: klimat został, ale to już nie „zaplecze”
Jeszcze kilka lat temu japoński przystanek bywał miejscem, gdzie można było zobaczyć mniej oczywiste nazwiska i sprawdzić szerokość kadr. Dziś Sapporo stało się pełnoprawnym punktem mapy, na który zjeżdża czołówka. W 2026 roku też nie było wyjątków: na liście startowej pojawili się zawodnicy ze ścisłej elity, a wśród nich także reprezentanci Polski – choć już kwalifikacje okazały się brutalne dla jednego z nich.
Do sobotniego konkursu przystąpili Kacper Tomasiak, Maciej Kot, Dawid Kubacki i Aleksander Zniszczoł. Klemens Joniak nie przebrnął piątkowych kwalifikacji, więc biało-czerwony zestaw w konkursie był skromniejszy niż zakładano. I jak się okazało – także mocno pod presją.
Seria próbna dawała nadzieję. Potem wszystko się posypało
W treningowej próbie Tomasiak wyglądał naprawdę solidnie i był najlepszym z Polaków, a w czołowej dwudziestce pojawili się też Kubacki oraz Zniszczoł. Na tym tle można było liczyć przynajmniej na spokojne punkty i przyzwoity wynik drużynowy.
Pierwsza seria konkursowa brutalnie zweryfikowała te oczekiwania. Do rundy finałowej przeszło tylko dwóch Polaków, i to z miejsc, które nie dawały żadnego komfortu. Co więcej, ich pozycje na półmetku były tak niskie, że nawet pojedynczy punkt nie był pewny.
Kubacki i Kot uratowali punkty. Reszta bez awansu
Do drugiej serii weszli Dawid Kubacki i Maciej Kot. Obaj skoczyli na tyle, by utrzymać się w konkursie, ale ich lokaty były dalekie od ambicji – raczej w trybie „minimalizacja strat” niż walka o czołową dwudziestkę.
Tomasiak zakończył rywalizację tuż za punktami. W jego przypadku dużo mówiło się o niekorzystnych warunkach i drobnym błędzie na progu, który przy tak wyrównanej stawce potrafi natychmiast zepchnąć zawodnika kilka miejsc w dół. Zniszczoł również nie awansował do finału, zamykając swój występ już po pierwszej serii.
Druga seria: mały awans miejsc, bez przełomu
W finale Polacy poprawili pozycje, ale nie był to skok jakościowy, który zmieniłby narrację dnia. Kubacki i Kot przesunęli się w górę tabeli, lecz nadal pozostali w rejonach drugiej i trzeciej dziesiątki. W praktyce – był to konkurs „do przetrwania”, a nie do budowania pewności siebie.
Walka o podium: Japoński zryw i nokaut w wykonaniu Prevca
Najciekawsze emocje przyniosła rywalizacja najlepszych. Japończycy podkręcili atmosferę w drugiej serii i przez chwilę wyglądało na to, że podium może mieć mocno „miejscowy” charakter. Prawdziwy zwrot akcji zrobił jednak Domen Prevc. Jego finałowy skok był pokazem mocy i kontroli – na tle reszty stawki wyglądał jak odpowiedź na wszystkie pytania naraz. Jan Hoerl, który prowadził po pierwszej serii, nie utrzymał tempa i wypadł poza podium.
Ten konkurs nie zostawia pola do upiększania. Dwa punkty zdobyte przez dwóch zawodników to wynik, który w sezonie Pucharu Świata brzmi jak alarm. Dla sztabu szkoleniowego to jasna informacja: sama pojedyncza dobra próba w treningu nie wystarcza, jeśli konkursowa stabilność znika, a margines błędu jest minimalny. Niedzielny program w Sapporo daje jeszcze okazję do reakcji, ale po sobocie oczekiwania są proste: poprawa poziomu i więcej zawodników w punktach.
Sprawdź aktualne kursy i obstawiaj w ETOTO z bonusem bez ryzyka.
PRZEJDŹ DO OFERTY