PZPN zabrał głos po derbach Trójmiasta i rozwiał wątpliwości w sprawie najgłośniejszej sytuacji z końcówki meczu Arki Gdynia z Lechią Gdańsk. Kolegium Sędziów uznało, że Arce należał się rzut karny, a błąd dotyczył także pracy VAR. To ważny komunikat, bo dotyczy meczu o dużym ciężarze emocjonalnym i punktowym, a jednocześnie pokazuje, jak wiele zależy od interpretacji „trzymania” w polu karnym.
Samo spotkanie w ramach 23. kolejki Ekstraklasy zakończyło się remisem 2:2. Arka prowadziła już dwiema bramkami po trafieniach Oskara Kubiora i Marca Navarro, jednak Lechia zdołała odrobić straty — do siatki trafili Kacper Sezonienko oraz Iwan Żelizko. Derby były intensywne, a końcówka przyniosła sporo nerwów, bo obie drużyny grały o punkty, które mogą mieć znaczenie na dalszym etapie sezonu.
Największe emocje wywołała sytuacja z ostatniej fazy meczu, gdy w polu karnym Lechii na murawę upadł Vladislavs Gutkovskis. Arbitrzy nie przerwali gry: sędzia główny Paweł Raczkowski nie wskazał na „jedenastkę” i nie podszedł do monitora. Za weryfikację wideo odpowiadał Paweł Pskit, jednak również nie zainicjował sprawdzenia tej akcji w sposób, który doprowadziłby do zmiany decyzji boiskowej.
Kontrowersja z Gutkovskisem i ocena Kolegium Sędziów
Po meczu temat nie ucichł, bo w Gdyni odebrano tę sytuację jako oczywiste zatrzymanie zawodnika Arki w momencie, gdy walczył o piłkę. Trener Dawid Szwarga mocno podkreślał, że takie zdarzenie trudno „zamiatać pod dywan”, bo w skali sezonu podobne decyzje mogą przesądzać o utrzymaniu, awansie czy miejscu w tabeli. W jego przekazie nie chodziło wyłącznie o jedną akcję, lecz o konsekwencję sędziowania i standardy pracy VAR.
Stanowisko Kolegium Sędziów jest jednoznaczne: w tej sytuacji powinien zostać podyktowany rzut karny dla Arki. W ocenie Kolegium napastnik gospodarzy próbował uczciwie walczyć o piłkę, natomiast obrońca Lechii dopuścił się nieprzepisowego zatrzymania, które realnie ograniczyło możliwość rywalizacji o futbolówkę. Kluczowe było to, że nie był to przypadkowy kontakt, lecz działanie wpływające na poruszanie się przeciwnika.
Dlaczego miał być karny i gdzie zawiódł VAR?
W uzasadnieniu podkreślono kilka elementów, które przesądzały o ocenie. Po pierwsze, zatrzymanie miało nastąpić z użyciem dwóch rąk, co znacząco zwiększa intensywność i czytelność przewinienia. Po drugie, obrońca miał koncentrować się na rywalu, a nie na piłce, a jego zachowanie oceniono jako celowe i uporczywe, a nie krótkie „złapanie” w walce bark w bark. Po trzecie, w działaniu dopatrzono się wyraźnej intencji utrudnienia ruchu napastnikowi, co w polu karnym jest szczególnie istotne przy ocenie przewinień.
Ważne jest też to, że Kolegium zwróciło uwagę na częsty błąd interpretacyjny: zamiast oceniać samo zachowanie obrońcy, niektórzy skupiają się na reakcji atakowanego zawodnika, czyli tzw. „mowie ciała”. W tej sytuacji wskazano, że przy tak ewidentnym i mocnym zatrzymaniu priorytetem ma być analiza przewinienia, a nie to, jak napastnik „wyglądał” w momencie upadku.
Najmocniejsza część stanowiska dotyczy jednak VAR. Kolegium uznało, że błędem był brak interwencji ze strony sędziego wideo. Innymi słowy: przy takiej akcji powinien pojawić się sygnał do weryfikacji, który dałby sędziemu głównemu szansę na obejrzenie zdarzenia i ewentualną korektę decyzji. W efekcie nie chodzi wyłącznie o to, że „nie było karnego”, ale o to, że system, który ma wyłapywać takie pomyłki, tym razem nie zadziałał.
Co oznacza ten komunikat dla Ekstraklasy?
Tego typu stanowiska nie zmieniają wyniku meczu, ale wyznaczają standardy na przyszłość. Dla klubów to jasny sygnał, jak podobne trzymania mają być interpretowane, a dla sędziów — przypomnienie, że VAR ma reagować w sytuacjach, które są istotne i czytelne. W praktyce może to oznaczać większą konsekwencję w karaniu uporczywego „łapania” w polu karnym i większą odwagę VAR przy rekomendowaniu monitoringu.
Jeśli takie kryteria będą stosowane równomiernie w kolejnych meczach, spadnie pole do domysłów i frustracji. A właśnie tego w Ekstraklasie brakuje najbardziej: przewidywalności, dzięki której wszyscy – od zawodników po kibiców – wiedzą, czego mogą się spodziewać przy podobnych sytuacjach.