Czy Formuła 1 naprawdę straci dwie rundy na Bliskim Wschodzie? W padoku coraz częściej mówi się o bardzo poważnym scenariuszu, w którym z kalendarza znikną zarówno Grand Prix Bahrajnu, jak i Grand Prix Arabii Saudyjskiej. Stawka jest ogromna, bo chodzi nie tylko o sport, ale też o bezpieczeństwo, wielkie pieniądze i polityczne napięcia, które mogą wywrócić początek sezonu do góry nogami.
Od kilku dni w świecie F1 narasta przekonanie, że organizacja kwietniowych wyścigów w Bahrajnie i Dżuddzie stoi pod dużym znakiem zapytania. Po eskalacji konfliktu z udziałem Iranu oraz działań militarnych prowadzonych przez Stany Zjednoczone i Izrael sytuacja w regionie zrobiła się wyjątkowo niestabilna. W efekcie władze królowej motorsportu zaczęły analizować różne warianty awaryjne, w tym przeniesienie obu rund do Europy.
Taki plan był jednak rozważany bardziej jako rozwiązanie ratunkowe niż realna alternatywa. Choć technicznie dałoby się go przygotować, problemem pozostają finanse oraz logistyka. Wyścigi na Bliskim Wschodzie należą do najbardziej dochodowych punktów w kalendarzu, dlatego ich utrata byłaby dla Formuły 1 bardzo kosztowna.
F1 czeka na decyzję w sprawie Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej
Nieoficjalnie mówi się, że kluczowy termin zbliża się bardzo szybko. Władze serii mają potrzebować jasnej odpowiedzi jeszcze przed 20 marca, bo później czasu na bezpieczne i sprawne przeorganizowanie dwóch weekendów wyścigowych będzie już bardzo mało. Jeśli do tego momentu sytuacja w regionie nie zacznie się wyraźnie uspokajać, ryzyko odwołania obu imprez znacząco wzrośnie.
Kłopot polega na tym, że los obu rund jest ze sobą ściśle połączony. Jeśli z kalendarza wypadnie jedno Grand Prix, drugie najpewniej również nie dojdzie do skutku. Chodzi nie tylko o kwestie bezpieczeństwa, ale też o transport całego zaplecza, sprzętu i personelu. W takim wariancie sezon zostałby skrócony do 22 wyścigów, co byłoby jedną z najpoważniejszych zmian w harmonogramie na przestrzeni ostatnich lat.
Grand Prix Arabii Saudyjskiej kluczowe dla władz i sponsorów
Największy opór wobec odwołania zawodów ma stawiać Arabia Saudyjska. Tamtejsi decydenci nie chcą zaakceptować rezygnacji z rundy w Dżuddzie i próbują przekonać F1 do odwleczenia ostatecznej decyzji. Jednym z omawianych pomysłów ma być także przesunięcie wyścigu na późniejszy etap sezonu, jednak przy obecnym, wyjątkowo napiętym kalendarzu taki manewr wydaje się bardzo trudny do zrealizowania.
Nie chodzi wyłącznie o prestiż sportowy. Grand Prix Arabii Saudyjskiej ma dla władz tego kraju ogromne znaczenie wizerunkowe i promocyjne. To wydarzenie, które pomaga budować obraz państwa jako nowoczesnego i otwartego na wielkie międzynarodowe imprezy. Do tego dochodzi potężny wymiar biznesowy, bo opłata za prawa do organizacji wyścigu należy do najwyższych w całej stawce, a ważną rolę w całym środowisku odgrywa również paliwowy gigant Aramco, jeden z głównych partnerów dyscypliny.
Bezpieczeństwo personelu F1 najważniejszym problemem
Najpoważniejszą przeszkodą pozostaje jednak bezpieczeństwo. Napięcie na Bliskim Wschodzie jest następstwem operacji rozpoczętej pod koniec lutego, po której Iran przeszedł do działań odwetowych. W regionie wzrosło zagrożenie dla państw takich jak Bahrajn, Katar, Oman, Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, a niepokój dodatkowo spotęgowały doniesienia o atakach wymierzonych także w cele cywilne.
To właśnie ten aspekt budzi dziś największe obawy wśród osób odpowiedzialnych za organizację wyścigów. Nawet jeśli tory w Sakhirze i Dżuddzie byłyby gotowe do przyjęcia zawodów, nikt nie jest w stanie dać pełnej gwarancji bezpieczeństwa kierowcom, mechanikom, pracownikom zespołów i całemu personelowi Formuły 1. Dlatego w tej chwili to nie pieniądze ani kalendarz wydają się decydujące, lecz odpowiedź na pytanie, czy w ogóle da się tam przeprowadzić weekend wyścigowy bez narażania ludzi na realne niebezpieczeństwo.
Sprawdź aktualne kursy i obstawiaj w ETOTO z bonusem bez ryzyka.
PRZEJDŹ DO OFERTY