Formuła 1 nie zamyka tematu odwołanych rund na Bliskim Wschodzie. Choć napięcie wokół Iranu nadal budzi obawy, za kulisami trwają rozmowy o tym, czy uda się uratować przynajmniej jeden z wyścigów. W grze są Bahrajn i Arabia Saudyjska, ale każdy wariant niesie poważne konsekwencje.
Odwołane Grand Prix i przerwa w sezonie F1
Wojna w Iranie mocno uderzyła w kalendarz Formuły 1. W kwietniu nie doszły do skutku dwa zaplanowane wyścigi na Bliskim Wschodzie. Najpierw odwołano Grand Prix Bahrajnu, które miało odbyć się 12 kwietnia, a tydzień później nie rozegrano Grand Prix Arabii Saudyjskiej.
Decyzja była szybka i wynikała z obaw o bezpieczeństwo zespołów, kibiców oraz całej obsługi mistrzostw świata. Region pozostaje niestabilny, nawet mimo zawieszenia broni między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Władze serii nie chcą jednak całkowicie rezygnować z rund, które mają duże znaczenie finansowe i organizacyjne.
F1 wróci na Bliski Wschód jesienią?
Kluczowe jest to, że w oficjalnym stanowisku nie zamknięto definitywnie sprawy Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej. Podkreślono jedynie, że wyścigi nie mogą odbyć się w kwietniu. Takie sformułowanie zostawiło przestrzeń do znalezienia nowej daty.
Rozważany jest przede wszystkim weekend 2-4 października. W kalendarzu znajduje się wtedy przerwa między Grand Prix Azerbejdżanu a Grand Prix Singapuru. Teoretycznie można byłoby wykorzystać ją na jedną z zaległych rund, choć wymagałoby to zgody wielu stron i oceny sytuacji bezpieczeństwa.
Bahrajn ma logistyczną przewagę
FIA skłania się ku temu, aby w pierwszej kolejności analizować powrót Grand Prix Bahrajnu. Powód jest praktyczny. Po zimowych testach część sprzętu zespołów pozostała właśnie w tym kraju, co zmniejszyłoby koszty i ułatwiło przygotowanie wydarzenia.
Dla Formuły 1 logistyka ma ogromne znaczenie. Każda dodatkowa podróż oznacza wydatki, reorganizację pracy ekip i większe obciążenie personelu. Bahrajn wydaje się więc naturalnym kandydatem, jeśli możliwe będzie rozegranie tylko jednej z odwołanych rund.
Arabia Saudyjska nie chce odpuścić
Organizatorzy Grand Prix Arabii Saudyjskiej również zabiegają o miejsce w kalendarzu. Ich ambicją jest to, by to właśnie wyścig w Dżuddzie otrzymał priorytet, a nie runda w Bahrajnie.
Saudyjczycy są gotowi rozważyć także termin na przełomie listopada i grudnia, między Grand Prix Kataru a Grand Prix Abu Zabi. Taki wariant byłby jednak bardzo trudny dla zespołów, bo oznaczałby cztery weekendy wyścigowe z rzędu. Ekipy niechętnie patrzą na podobne rozwiązanie, wskazując przede wszystkim na zmęczenie pracowników i ogromne obciążenie operacyjne.
Kibice też mogą odczuć skutki zmian
Przesuwanie wyścigów nie dotyczy wyłącznie zespołów. Problem mieliby także kibice, którzy z dużym wyprzedzeniem planują wyjazdy na końcówkę sezonu. Wiele osób ma już bilety lotnicze i rezerwacje hotelowe związane z Grand Prix Abu Zabi.
Gdyby finał na Yas Marina przesunięto na 13 grudnia, fani musieliby zmieniać plany, często ponosząc dodatkowe koszty. To jeden z powodów, dla których układanie nowego kalendarza jest tak skomplikowane.
Finał sezonu zostanie w Abu Zabi
Nie ma natomiast realnego scenariusza, w którym Arabia Saudyjska przejmuje rolę ostatniego wyścigu sezonu. Umowa z promotorami Grand Prix Abu Zabi gwarantuje im status rundy kończącej mistrzostwa świata.
To ogranicza pole manewru Formuły 1. Władze serii muszą szukać rozwiązania, które nie naruszy obowiązujących kontraktów, nie przeciąży zespołów i nie wywoła kolejnych problemów organizacyjnych.
Stawką są ogromne pieniądze
Największym zagrożeniem pozostaje dalsza eskalacja konfliktu. Jeśli jesienią sytuacja wokół Iranu znów się pogorszy, pod znakiem zapytania mogą stanąć także wyścigi w Katarze i Abu Zabi. Taki rozwój wydarzeń byłby dla Formuły 1 finansowym ciosem.
Już rezygnacja z rund w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej oznacza stratę szacowaną na co najmniej 100 milionów dolarów. Dlatego F1 i FIA próbują znaleźć bezpieczne wyjście z kryzysu. Powrót jednego wyścigu do kalendarza byłby kompromisem, ale tylko wtedy, gdy pozwolą na to warunki w regionie.