GKS Tychy nie zostawił żadnych złudzeń i w wielkim stylu zamknął finał Tauron Hokej Ligi. We wtorkowy wieczór tyszanie rozbili GKS Katowice aż 7:2, przypieczętowując mistrzostwo Polski przed własną publicznością. To był mecz, w którym gospodarze od początku narzucili warunki, a na lodzie było widać, kto w tej serii zasłużył na tytuł.
W Tychach panowała wielka radość, bo miejscowy zespół sięgnął po siódme mistrzostwo kraju w historii, a zarazem obronił tytuł wywalczony przed rokiem. Już wcześniej finał układał się po myśli drużyny ze Stadionu Zimowego. Dwa zwycięstwa odniesione na tafli w Katowicach sprawiły, że rywale znaleźli się pod ścianą i przed czwartym spotkaniem potrzebowali niemal perfekcyjnego występu. Tego jednak nie udało się im zrealizować.
GKS Tychy mistrzem Polski po jednostronnym finale
Od pierwszych minut decydującego starcia było widać, że gospodarze nie chcą zostawiać przeciwnikowi nawet cienia nadziei. Już w premierowej tercji zespół z Tychów zbudował sobie wyraźną przewagę, bezlitośnie wykorzystując błędy katowiczan. Sygnał do ataku dał kapitan Filip Komorski, który otworzył wynik po nieporozumieniu w szeregach defensywy gości. Później gospodarze poszli za ciosem i jeszcze przed pierwszą przerwą dołożyli dwa kolejne trafienia.
Na listę strzelców wpisali się także Jusso Jamsen i Henri Knuutinen, a katowiczanie po zaledwie jednej tercji przegrywali już 0:3. Tak mocne otwarcie ustawiło cały mecz. Tyszanie grali pewnie, szybko i z dużą swobodą, natomiast drużyna z Katowic sprawiała wrażenie zespołu, który nie potrafi znaleźć sposobu na rozpędzonego przeciwnika.
Katowice próbowały wrócić do gry, ale Tychy odpowiadały natychmiast
Po słabym początku trener gości zdecydował się na zmianę w bramce. Między słupkami pojawił się Michał Kieler, który zastąpił Jespera Eliassona. Ten ruch miał dać zespołowi nowy impuls i przez chwilę rzeczywiście wydawało się, że przyjezdni mogą jeszcze wrócić do walki. W drugiej tercji pierwszego gola dla katowiczan zdobył Stephen Anderson, przerywając długą serię bez straty bramki przez Tomasa Fucika.
Bramkarz tyszan przez długi czas był niemal nie do pokonania w finałowej serii i dopiero to trafienie zakończyło jego imponującą passę. Katowiczanie złapali oddech, ale ich nadzieje bardzo szybko zostały przygaszone. Gospodarze niemal natychmiast odzyskali pełną kontrolę nad spotkaniem, a gola na 4:1 zdobył Alan Łyszczarczyk. W tamtym momencie stało się jasne, że droga gości do odwrócenia losów meczu będzie niezwykle trudna.
Nerwowa końcówka i pokaz siły gospodarzy
W trzeciej tercji goście jeszcze próbowali zmniejszyć straty. Udało im się zdobyć drugą bramkę, choć padła ona w dość szczęśliwych okolicznościach po zamieszaniu pod bramką i pechowym odbiciu krążka. Trafienie Grzegorza Pasiuta mogło jeszcze na moment ożywić emocje, ale GKS Tychy nie zamierzał pozwolić rywalowi na rozwinięcie skrzydeł.
Gdy katowiczanie wycofali bramkarza, chcąc zwiększyć swoje szanse w ataku, gospodarze bezlitośnie to wykorzystali. Najpierw Hannu Kuru podwyższył prowadzenie, a później tyszanie dołożyli jeszcze dwa trafienia. W końcówce do bramki trafiali także Mark Viitanen i Valtteri Kakkonen, ustalając wynik na 7:2. Zamiast pogoni za wynikiem oglądaliśmy więc prawdziwy koncert mistrzów.
Końcowe minuty przyniosły jeszcze sporo nerwów i niepotrzebnych spięć między zawodnikami obu drużyn. Na lodzie zrobiło się gorąco, nie brakowało przepychanek i wzajemnych prowokacji, a emocje wyraźnie wymknęły się spod kontroli. To jednak nie zmieniło najważniejszego obrazu tego wieczoru: GKS Tychy był zespołem zdecydowanie lepszym i w pełni zasłużenie sięgnął po tytuł.
Tyszanie wracają do elity i zagrają w Europie
To mistrzostwo ma dla tyszan podwójne znaczenie. Z jednej strony potwierdza ich dominację na krajowym podwórku, z drugiej otwiera przed nimi drogę do rywalizacji na międzynarodowej scenie. Dzięki wywalczeniu złotego medalu zespół z Tychów wystąpi w kolejnym sezonie w Hokejowej Lidze Mistrzów.
Decydujący mecz finału tylko podkreślił, że drużyna z Tychów była w tej serii lepiej przygotowana, bardziej konkretna i zwyczajnie skuteczniejsza. Katowiczanie nie znaleźli odpowiedzi na tempo, jakość i pewność siebie rywali. W efekcie to właśnie w Tychach wybuchła euforia, bo miejscowy GKS ponownie wspiął się na szczyt polskiego hokeja.