GKS Tychy zaczynał sezon z nadziejami na walkę o awans, ale zamiast marszu w stronę PKO Ekstraklasy przyszła katastrofa. Klub po dekadzie opuszcza zaplecze elity, a spadek nie wygląda jak wypadek przy pracy, lecz efekt serii nietrafionych decyzji.
GKS Tychy spadł po dziesięciu latach gry na zapleczu
Przez dziesięć kolejnych sezonów GKS Tychy występował na drugim poziomie rozgrywkowym. W tym czasie klub przeżywał różne momenty: od meczów barażowych o PKO Ekstraklasę po nerwową walkę o utrzymanie. Kibice nieraz mogli wierzyć, że awans jest blisko, ale ostatnie miesiące brutalnie zamknęły ten etap.
Zespół, który miał liczyć się w górnej części tabeli, szybko ugrzązł w kryzysie. Jesień zakończył w strefie spadkowej, a później nie było przełomu. Zamiast reakcji przyszło pogłębianie problemów, aż stało się jasne, że w następnym sezonie GKS-u Tychy nie będzie na zapleczu PKO Ekstraklasy.
Projekt z Łukaszem Piszczkiem nie wypalił
Jeszcze w trakcie rundy jesiennej z pracą pożegnał się Artur Skowronek. W klubie długo mu ufano, lecz drużyna przegrywała kolejne spotkania, a sytuacja w tabeli stawała się coraz trudniejsza. Ratunkiem miał być Łukasz Piszczek, dla którego była to pierwsza samodzielna praca na szczeblu centralnym.
W Tychach widziano w nim trenera, który wniesie doświadczenie z Borussii Dortmund i rozpocznie budowę drużyny zdolnej w przyszłości walczyć o Ekstraklasę. Zapowiedzi brzmiały ambitnie, ale boisko szybko je zweryfikowało. Piszczek prowadził GKS Tychy w ośmiu meczach, zdobył tylko dwa punkty, a bilans bramkowy drużyny wyniósł 6:20. Zamiast nowego otwarcia pojawiła się sportowa zapaść.
Dlaczego GKS Tychy znów przeżywa bolesny upadek?
Ten spadek przywołuje wspomnienia z 2015 roku. Wtedy tyszanie również opuścili I ligę w atmosferze kompromitacji, a drużynę prowadził Tomasz Hajto. Jego praca w klubie zapisała się jako jeden z najbardziej nieudanych okresów w najnowszej historii GKS-u Tychy.
Po tamtym spadku klub szybko wrócił na drugi poziom rozgrywkowy, choć awans wcale nie był spacerem. Tyszanie grali już na nowym stadionie, notowali bardzo dobrą frekwencję i ostatecznie zajęli trzecie miejsce, które dało im promocję. Wyprzedziły ich Stal Mielec i Znicz Pruszków, a do końca musieli uważać na Wisłę Puławy. Teraz podobny scenariusz może być znacznie trudniejszy do powtórzenia.
Odbudowa GKS-u Tychy będzie trudniejsza niż dekadę temu
Niższa liga potrafi szybko zweryfikować kluby przekonane, że wrócą od razu. Dobrym ostrzeżeniem jest Zagłębie Sosnowiec, które także miało tylko na chwilę zatrzymać się po spadku, a dziś musi obawiać się kolejnego upadku. GKS Tychy nie może więc zakładać, że sama marka wystarczy do powrotu.
W mieście wciąż jest potencjał na większą piłkę. Gdy do Tychów przyjeżdża uznany rywal, stadion potrafi się zapełnić, co pokazał choćby mecz Pucharu Polski z Legią Warszawa. Problem w tym, że przy mniej atrakcyjnych przeciwnikach trybuny często świecą pustkami. Klub musi odzyskać nie tylko wyniki, lecz także zaufanie kibiców.
Kibice GKS-u Tychy długo tego nie zapomną
Za obecny kryzys odpowiedzialność spada przede wszystkim na osoby zarządzające klubem. To ich decyzje doprowadziły do sezonu, który miał być walką o awans, a zakończył się spadkiem. W Tychach potrzebne są konkretne działania, nie kolejne hasła o długofalowym projekcie.
Kibice w tym sezonie długo okazywali cierpliwość, ale trudno oczekiwać, że szybko przejdą nad tym do porządku dziennego. GKS Tychy musi zbudować drużynę od nowa, uporządkować struktury i udowodnić, że spadek stanie się początkiem naprawy, a nie zapowiedzią jeszcze większych problemów.